Patryk Polewiak

O kreatywności, gier robieniu i horrorach.

Walczyć z własną pewnością

Wieluński, zapuszczony dworzec, gdzieś w sercu województwa Łódzkiego. Młody, zdenerwowany chłopak wsiada do autobusu z napisem “Gdańsk”. Obstawa z rodziców powoli odpuszcza i jeszcze z lekkim niedowierzaniem oddala się na pobliski parking. W autobusie jest duszno i gorąco, lato daje o sobie znać. “Może by tak uchylić okno?” – Myśli sobie poddenerwowany osiemnastolatek. “A co jeśli będzie to przeszkadzać innym pasażerom? Co jeśli ktoś się wkurzy albo zwróci mi uwagę?” – bije się z myślami w głowie. Wizja ta w jakiś dziwny, pokrętny sposób go przeraża. Przeraża go również, pomimo dość dużego głodu, zjedzenie przygotowanej wcześniej kanapki. Z powodu podobnych myśli jak przy otwieraniu okna jedzie kolejne 12 godzin nic nie jedząc ani nie pijąc. Padnięty, w końcu, dociera na miejsce docelowe. Krajowa Konferencja Wytwarzania Gier 2011 rozpocznie się pojutrze. Chłopak nie wie jeszcze, że za 8 godzin dowie się o tym, że będzie musiał poprowadzić swój pierwszy w życiu, publiczny wykład. Przemowę, na której będzie go słuchać kilkadziesiąt osób.

Nie często dzielę się na forum publicznym prywatnymi przeżyciami, przemianami jakie zaszły w mojej głowie. Jednak lubię podawać swoją wiedzę i doświadczenie dalej, więc pomyślałem sobie “Hej, może komuś tym tekstem pomożesz? Może komuś będzie w życiu łatwiej?”. I jakby drążony przez tego typu myśli doszedłem do wniosku, że jest to temat, który warto poruszyć. Mianowicie chciałbym napisać, na swoim przykładzie, jak można próbować sobie radzić ze skrajną nieśmiałością, brakiem pewności siebie. Jak walczyć o zmianę w swojej głowie. Nie zacznę od podstaw, od pierwszych etapów, które zawiniły w kształtowaniu mojego początkowo spaczonego poczucia własnej wartości. Ten tekst depresyjny nie będzie, żalów wylewać też nie mam zamiaru – bo i po co? Nad rozlanym mlekiem się nie płacze, bo nam ktoś kolejną butelkę w międzyczasie zaiwani.

To co muszę napisać, i co moim zdaniem powinno znaleźć się na początku każdej porządnej książki związanej z rozwojem osobistym to to, że moje przeżycia są moimi doświadczeniami i każdy sposób radzenia sobie z nimi działał na mnie. Nie ma sprawdzonych, uniwersalnych rozwiązań. Ludzka psychika, charakter to nie potrawka z kurczaka, na którą można po prostu znaleźć w internecie przepis. Dlatego drogi czytelniku, zachęcam do zastanowienia się nad tym co zaraz napiszę, i nie brania do siebie niczego w stu procentach.

Przejdźmy więc do konkretu. Niczym w nieprzemyślanym scenariuszu zdradzę zakończenie już teraz, a następnie wyjaśnię jak przeniosło się to na moje życie. Mój magiczny klucz, który zawsze pomagał mi się rozwijać, brnąć do przodu i jakoś dawać sobie radę brzmi “Rzuć się na głęboką wodę” lub “Przeciwstaw się strachowi” albo… “Zrób sobie na złość”. Generalnie chodzi o to, żeby w momencie zawahania, gdy czujemy, że nagle kombinujemy myślami tak aby argumentować odrzucenie decyzji bądź działania, zrobić sobie na przekór. Gdy tylko czujesz, że chcesz się wycofać bo zaczyna ogarniać cię irracjonalny strach – nie wycofuj się. Pokaż wtedy samemu sobie, że jesteś silniejszy od natrętnych myśli.

Zdecydowanie muszę dodać, że należy odróżniać racjonalne argumenty od nieracjonalnych. Czasami warto się zatrzymać i przemyśleć działanie: ile jest za, ile jest przeciw. Z doświadczenia jednak wiem, że nawet gdy są jakieś złe i dobre strony, a intuicja mówi nam “Zrób to”, to jednak warto, w pewien sposób przeciwko sobie, owe działanie podjąć.

W moim przypadku, każde kolejne podjęcie działania sprawiało, że rozwijałem w sobie poczucie własnej wartości, pewność siebie i walczyłem z nieśmiałością. Każde z dużych, życiowych wydarzeń pchało mnie do lepszego bycia sobą. W tym miejscu chciałbym przytoczyć niektóre z nich.

Trochę Przykładów

Pierwsza publiczna przemowa

Jednym z większych wydarzeń w moim życiu było WGK 2011, czyli konferencja organizowana przez Politechnikę Gdańską, skupiająca twórców gier z różnych rejonów Polski. W tamtym czasie nie było wielu tego typu wydarzeń, dlatego każde nich stawało się łakomym kąskiem.

Jakoś tak wyszło, że w tamtym czasie założyłem i prowadziłem niekomercyjną grupę “Biopsy-Games” w której tworzyliśmy pewną grę wideo. Taka konferencja była dla nas bardzo fajną okazją na spotkanie się, przegadanie planów i lepsze zapoznanie ze sobą – w końcu współpracowaliśmy rozsiani po całym kraju. Samo zobaczenie tych ludzi było dla mnie ogromnym krokiem do przodu – nigdy wcześniej nie jechałem gdzieś samemu, żeby poznać “nieznajome” mi osoby.

Natomiast prawdziwą bombą rozwojową był moment, w którym dowiedziałem się, że będę musiał wygłosić wykład. Zgłosiłem go kilka miesięcy wcześniej (pod namową znajomego) ale z racji, że nie było żadnej odpowiedzi ze strony organizatorów – zapomniałem o nim i dałem sobie spokój. Dzień przed konferencją dzwoni telefon, odbieram i słyszę w słuchawce: “Dzień dobry, z tej strony XYZ, organizacja WGK. Chciałbym powiedzieć, że pański wykład przesunie się z 9:00 na 17:00…”. Umarłem. No, może myślałem, że umrę – ale jakoś tutaj jestem, przetrwałem. Problem był natomiast taki, że nie miałem prezentacji ze sobą. Na szczęście umieściłem ją kiedyś w chmurze, i po pewnych komplikacjach udało mi się ją pobrać na jakiegoś lapka.

Przejdźmy jednak do samego wykładu – tematem było “Wstęp do projektowania poziomów.” o którym jeszcze wtedy nie miałem ogromnego pojęcia. Wiedziałem, że chciałbym się tym zajmować w przyszłości, ale do profesjonalisty jeszcze mi dużo brakowało. Żeby jednak nie przedłużać, zobrazuję jak wyglądał mój poziom zdenerwowania.

  1. Pierwszy dzień konferencji – ogromne spięcie
  2. Drugi dzień, przed wykładem – ogromne spięcie
  3. Godzina przed – luz, wyparłem z siebie, że prowadzę jakiś wykład. Pf.
  4. Wychodzę na podium. Ręce się trzęsą, rozlewam wodę na biurko prawie zalewając laptop i rzutnik.
  5. Zaczynam mówić. Jest coraz gorzej, chcę żeby się skończyło.
  6. Kończę, ulga. Padają pytania – nie ma tragedii.

Gdy tylko wyszedłem z auli wiedziałem, że zrobię to jeszcze raz. I następny. Aż będę się czuł w tym swobodnie.

Właśnie tak wyglądałem na tym WGK. Psycho-proboszcz. :)

Właśnie tak wyglądałem na tym WGK. Psycho-proboszcz. 🙂

Dużo własnych projektów

Od moich początków z branżą gier wideo pracowałem przy 7 projektach prowadzonych przeze mnie. I mówię tutaj o produkcjach nieodpłatnych, gdzie namówienie kogoś do współpracy było o wiele trudniejsze. Wspominam o tym z dwóch powodów:

  1. Każdy z tych projektów do życia potrzebował działającej komunikacji wewnętrznej. A ktoś musiał tą komunikacją zarządzać i obrywać, jeśli nie działała. Każda zawierucha (a było ich dużo) generowała problemy z jakimi trzeba było sobie nagle radzić.
  2. Często się coś nie udawało. A porażki uodparniają.

Najefektowniejszym projektem było Battle for Asteron, przez który przewinęło się ponad sto osób. Oczywiście gry nie skończyliśmy – po prawie dwóch latach produkcji została nam jedynie masa obrazków i opisów. Ale nie wiecie ile satysfakcji mi daje myśl, że osoby, które wtedy do mnie dołączyły aktualnie pracują w takich firmach jak Vivid Games, CDProject czy CI Games.

Wyprowadzka do obcego miasta

Zdobycie pierwszej pracy było dla mnie dużym sukcesem ale zarazem nie lada wyzwaniem. Swoją przygodę z branżą elektronicznej rozrywki rozpocząłem od (nie)sławnej spółki Nicolas Games i gry Afterfall: Insanity. Swoją drogą, w ogłoszeniu widniało, że biuro znajduje się w Katowicach. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się podczas rozmowy telefonicznej, że mam stawić się w Sosnowcu… gdzie później, przez jakieś 3-4 miesiące mieszkałem.

Było to wydarzenie, które wpłynęło na mnie najmocniej: musiałem praktycznie odciąć się od jakiejkolwiek pomocy rodziny, wręcz stworzyć sobie nowe życie. Dorastanie w trybie ekspresowym.

Gubienie się w obcym mieście

Sprawa mniejsza ale również rozwijająca: warto zgubić się w obcym mieście. Kilka miesięcy temu byłem z kumplem we Włoszech, w Neapolu. Próby dogadania się z ludźmi obcymi, którzy nie mówią po angielsku to świetna okazja aby nabyć pewności siebie i dystansu – w końcu porażka tutaj goni porażkę (szczególnie, jak ktoś próbuje mówić po włosku nie znając owego języka). Prawda jest taka, że wcale nie trzeba jechać za granicę, żeby się gdzieś zgubić i musieć miejscowych wypytać o podstawowe rzeczy. A to właśnie wtedy gdy jesteśmy zmuszeni do poszukania drobnej pomocy są najlepsze – bo mamy dodatkowy stymulant aby zagadać.

W Neapolu trzeba się zgubić, żeby dopaść takie uliczki jak ta.

Fundacja SkillDev

Mieszkając we Wrocławiu, bodajże jakoś w 2013 roku, wpadłem na pomysł założenia fundacji, która pomagałaby początkującym twórcom gier – takim jak ja. W dużym skrócie: taką grupę wsparcia, gdzie można poszukać wzajemnej pomocy merytorycznej. Naszło mnie, że zorganizuję warsztaty SkillDev, na które jak się okazało, ludzie przyjeżdżali nawet z miast odległych o kilkaset kilometrów. Koszt wstępu był symboliczny (10-30 zł, które szły na napoje energetyczne i wynajem sali szkoleniowej) a zajęcia, według opinii osób udział biorących, ciekawe. W drugiej i trzeciej części udało się nawet przyciągnąć kogoś z Techlandu, żeby opowiedział o pracy projektanta poziomów. Co prawda biznesu na tym się nie nauczyłem robić (wyszedłem stratnie) ale pewności siebie nabrałem od groma. Dlatego, że:

  1. Musiałem bić się z Urzędem Skarbowym, który miał jakieś dzikie problemy w związku z rejestracją fundacji.
  2. Przyjeżdżali ludzie, obcy ludzie, o różnym poziomie wiedzy. A ja musiałem prowadzić kilkugodzinne warsztaty, na których trzeba ich było czegoś nauczyć.

Swoją drogą: niesamowicie przyjemnym uczuciem był moment, w którym uczniowie oddawali swoje prace i wspólnie je komentowaliśmy. Niektórzy wykonali naprawdę kawał dobrej roboty.

Kolejne prelekcje

Tak jak wspomniałem przy okazji WGK 2011 – postanowiłem, że gdy tylko pojawi się możliwość to będę z niej korzystał. Dzięki temu poprowadziłem prelekcje na ZTG, KFASONie, Women in Technology oraz Games Academy. Żadna z nich nie była na tyle dobre na ile bym chciał, ale z każdą kolejną czuję, że jest lepiej.

Każdy z poprowadzonych wykładów stawia mnie w jakiejś nowej sytuacji: albo się do kogoś zagada (np. do innego prelegenta), albo trzeba sobie radzić z nietypową sytuacją (przestaje działać pilot do rzutnika – pozdrawiam Aleksandrę, która mnie uratowała).

Gorąco polecam się w takie rzeczy pchać rękami i nogami.

Własna firma

Krótko ale treściwie. Chcesz przejść szybki proces dorastania? Chcesz dostać wpierdziel mentalny i fizyczny, uodpornić się na wszystko? Przejść przemianę w krótkim czasie? Załóż firmę.

Wyżej opisałem niektóre z przykładów sytuacji jakie spotkały mnie w życiu. Ale wszystkie je spokojnie mógłbym wsadzić do roku czasu pracy w Polyslash – gdzie nabrałem i nabieram pewności siebie nieporównywalnie szybciej. Oczywiście pewnym kosztem. Dla niecierpliwych produkt z serii “Must Have”.

Takie tam z Romero.

I to by było na tyle.

Co Cię nie zabije to wzmocni. Każda sytuacja, w której będziesz musiał podjąć ryzyko i walkę sprawi, że będziesz bardziej odporny następnym razem. Problem już kiedyś spotkany o wiele łatwiej rozwiązać – więc pakuj się w problemy i tarapaty. Nie ma innego sposobu na rozwijanie swojego charakteru i pewności siebie.

Jeśli w Twoim życiu pojawiły się kiedyś sytuacje, które Cię stymulowały do rozwoju własnej pewności siebie – podziel się. Może na ten wpis trafi ktoś, komu będzie jej brakować, przeczyta i zacznie łatwiej podejmować działania.

I takie zdanie na koniec: pamiętaj, że życie jest krótkie i nikt go za Ciebie nie przeżyje. 😉

2 Comments

  1. Gdyby Twoje życie było meczem w [WSTAW NAZWĘ GRY], powiedziałbym Good Game, Well Played. Tylko, że to jeszcze nie koniec 😉

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2017 Patryk Polewiak

Theme by Anders NorenUp ↑